Kiedy samochód w wyniku kolizji lub wypadku ulegnie uszkodzeniu, trzeba z oświadczeniem udać się do przedstawiciela firmy ubezpieczeniowej, w której sprawca wykupił obowiązkową polisę OC. Potem może się okazać, że otrzymamy pismo, w którym fachowiec z firmy ubezpieczeniowej odmawia zgody na wykonanie naprawy samochodu i proponuje, byśmy zgodzili się odebrać, najczęściej niskie odszkodowanie, ponieważ szkoda jest całkowita, a naprawa nieopłacalna. Co się za tym kryje?
Żonglowanie liczbami
Najczęściej w takich wypadkach dochodzi do zaniżenia wartości samochodu, czyli jego wartości przed wypadkiem. Firmy ubezpieczeniowe posługują się z dużą wprawą cennikami samochodów używanych, do wyceny sięgając po opracowania, w których wartość samochodu jest najniższa.
Przyjęta w ten sposób wartość pojazdu przed wypadkiem jest konfrontowana z kosztorysem naprawy, wystawionym przez warsztat, w którym specjalista, zatrudniony najczęściej przez towarzystwo ubezpieczeniowe, nie dokonuje żadnych korekt. Z porównania takiego często wynika, że koszt naprawy przekracza o 2-3% barierę 70% wartości naszego samochodu przed naprawą, z czego firma ubezpieczeniowa wnioskuje o szkodzie całkowitej.
By dokonać jej likwidacji czyli wypłacić odszkodowanie, ubezpieczyciel dokonuje tzw. wyceny pozostałości. Odbywa się to w ten sposób, że specjalista rozbiera (wirtualnie) auto na czynniki pierwsze, wycenia podzespoły (silnik, skrzynię biegów, itp.), najdrobniejsze elementy (szyby, wycieraczki, dywaniki) i sumuje tak uzyskane liczby. Nie trzeba dodawać, że w przeciwieństwie do wyceny auta przed kolizją, ta akurat wycena jest maksymalnie zawyżona.
Procedura jest następująca: po odjęciu od wartości pojazdu przed kolizją wartości pozostałych po wypadku części pozostaje jakaś niewielka suma, którą firma ubezpieczeniowa oferuje, w zamian, jako odszkodowanie. Ubezpieczyciela nie interesuje, co zrobimy z popsutym samochodem. Czy potrafimy go rozebrać i gdzie upłynnimy uzyskane części. Mamy go zabrać, pobrać niskie odszkodowanie i zakończyć sprawę.
Desperacka obrona
Potraktowany w ten sposób klient próbuje wszystkich możliwych sposobów, by skłonić ubezpieczyciela do zmiany krzywdzącej decyzji. Przedstawia rachunki za dokonaną przed tygodniem wymianę zawieszenia, paragon za kupiony przed chwilą akumulator, faktury z myjni, gdzie raz na tydzień woskował nadwozie oraz oświadczenia sąsiadów, że auto prawie nie wyjeżdżało z ogrzewanego garażu. Wszystko po to, aby podwyższyć wartość wozu przed kolizją i zmienić jej niekorzystny stosunek do kosztu naprawy. Co jednak zrobić, jeśli ubezpieczyciel upiera się przy swoim zdaniu?
Zawsze można prosić o podanie podstawy
W każdym konflikcie z szeroko rozumianą władzą, można żądać podania podstawy prawnej wydanej decyzji. Jest to najskuteczniejsza metoda. Trzeba więc żądać przedstawienia przepisu, który stanowi, że naprawa jest nieopłacalna, jeżeli jej koszt przekracza owe mityczne 70% wartości auta przed kolizją. Opinie typu: "takie rozwiązania przyjęto w naszej firmie" albo "tak stanowią ogólnie przyjęte normy", czy też "jest to zgodne z naszymi wewnętrznymi przepisami" można spokojnie zignorować. Szkoda likwidowana z polisy OC sprawcy kolizji musi być oparta o obowiązujące przepisy: Kodeks cywilny, ustawę ubezpieczeniową, rozporządzenia właściwego ministra.
Żonglowanie liczbami
Najczęściej w takich wypadkach dochodzi do zaniżenia wartości samochodu, czyli jego wartości przed wypadkiem. Firmy ubezpieczeniowe posługują się z dużą wprawą cennikami samochodów używanych, do wyceny sięgając po opracowania, w których wartość samochodu jest najniższa.
Przyjęta w ten sposób wartość pojazdu przed wypadkiem jest konfrontowana z kosztorysem naprawy, wystawionym przez warsztat, w którym specjalista, zatrudniony najczęściej przez towarzystwo ubezpieczeniowe, nie dokonuje żadnych korekt. Z porównania takiego często wynika, że koszt naprawy przekracza o 2-3% barierę 70% wartości naszego samochodu przed naprawą, z czego firma ubezpieczeniowa wnioskuje o szkodzie całkowitej.
By dokonać jej likwidacji czyli wypłacić odszkodowanie, ubezpieczyciel dokonuje tzw. wyceny pozostałości. Odbywa się to w ten sposób, że specjalista rozbiera (wirtualnie) auto na czynniki pierwsze, wycenia podzespoły (silnik, skrzynię biegów, itp.), najdrobniejsze elementy (szyby, wycieraczki, dywaniki) i sumuje tak uzyskane liczby. Nie trzeba dodawać, że w przeciwieństwie do wyceny auta przed kolizją, ta akurat wycena jest maksymalnie zawyżona.
Procedura jest następująca: po odjęciu od wartości pojazdu przed kolizją wartości pozostałych po wypadku części pozostaje jakaś niewielka suma, którą firma ubezpieczeniowa oferuje, w zamian, jako odszkodowanie. Ubezpieczyciela nie interesuje, co zrobimy z popsutym samochodem. Czy potrafimy go rozebrać i gdzie upłynnimy uzyskane części. Mamy go zabrać, pobrać niskie odszkodowanie i zakończyć sprawę.
Desperacka obrona
Potraktowany w ten sposób klient próbuje wszystkich możliwych sposobów, by skłonić ubezpieczyciela do zmiany krzywdzącej decyzji. Przedstawia rachunki za dokonaną przed tygodniem wymianę zawieszenia, paragon za kupiony przed chwilą akumulator, faktury z myjni, gdzie raz na tydzień woskował nadwozie oraz oświadczenia sąsiadów, że auto prawie nie wyjeżdżało z ogrzewanego garażu. Wszystko po to, aby podwyższyć wartość wozu przed kolizją i zmienić jej niekorzystny stosunek do kosztu naprawy. Co jednak zrobić, jeśli ubezpieczyciel upiera się przy swoim zdaniu?
Zawsze można prosić o podanie podstawy
W każdym konflikcie z szeroko rozumianą władzą, można żądać podania podstawy prawnej wydanej decyzji. Jest to najskuteczniejsza metoda. Trzeba więc żądać przedstawienia przepisu, który stanowi, że naprawa jest nieopłacalna, jeżeli jej koszt przekracza owe mityczne 70% wartości auta przed kolizją. Opinie typu: "takie rozwiązania przyjęto w naszej firmie" albo "tak stanowią ogólnie przyjęte normy", czy też "jest to zgodne z naszymi wewnętrznymi przepisami" można spokojnie zignorować. Szkoda likwidowana z polisy OC sprawcy kolizji musi być oparta o obowiązujące przepisy: Kodeks cywilny, ustawę ubezpieczeniową, rozporządzenia właściwego ministra.
